 |
21 sierpnia 2013 r. kilka godzin życia Hani |
Jest ponad 100 like`ów – obiecałam,
piszę. Dzisiaj kilka słów o sprawczyni powstania bloga i
wszystkiego, co teraz się dzieje. Hania, znacie ją już troszeczkę,
ale dopiero bardzo malutko,
a przecież to właśnie ona jest
najistotniejsza w całym temacie. Nasza kochana córeczka, jak już
wspominałam, przyszła na świat w sierpniu 2013 r.
Od tej pory
nasze życie całkowicie się odmieniło.
Początkowo przerażenie: Jak ja sobie
poradzę z tak małą, bezbronną istotką? A jednak, instynkt
macierzyński – dobry nauczyciel, szybko kazał wziąć mi się w
garść no i jakoś poszło. Zaraz minie 5 miesiąc jak jesteśmy
sobie taką małą rodzinką. Teraz szykują się
w naszym życiu
kolejne zmiany, ale o tym kiedy indziej, bo dziś mowa o Hani.
A jak się stało, że Hania to Hania?
Sama nie wiem, nie ma tu żadnych ekscytujących historii, może
oprócz tego, że Hania miała być Aleksandrem. Do 20 tygodnia ciąży
Hania
nie chciała ujawnić swojej płci, a tatuś jak to z tatusiami
bywa oczywiście był przekonany, że to będzie syn. Tak mnie w tym
przekonaniu umocnił, że uwierzyłam i już nawet zaprojektowałam
wystrój pokoju dla chłopca. Mówi się niby obojętnie jaka płeć,
byle było zdrowe... też tak myślałam, ale modliłam się o
córeczkę. No i sobie wymodliłam.
W 21 tygodniu ciąży Hania
pokazała co miała pokazać i bez większych wątpliwości,
co do
imienia, została Hanną. W tej kwestii byliśmy z Piotrkiem zgodni.
Od 21 tygodnia Hania eksponowała swoją
płeć do końca na każdym USG, także lekarze
nie mieli żadnych
wątpliwości. Niestety trochę tych lekarzy nas badających było,
bo Hania tak mocno kopała mamusię, że trafiłyśmy do szpitala.
Początkowo z podejrzeniem wyrostka robaczkowego, w rezultacie z
diagnozą kolki nerkowej. Prawda była taka, że Hania drażniła coś
w środku mojego brzucha, co po prostu bolało. Na nasze nieszczęście
złożyło się to
w czasie z weekendem majowym, a my mieliśmy
zarezerwowany wyjazd nad morze. Wszystko jednak dobrze się
skończyło. Pobyt w szpitalu odebrał nam tylko jeden dzień
wymarzonego urlopu, morze dobrze wpływa na ciężarne, mimo że
temperatury nie były sprzyjające morskim relaksom.
 |
Sesja zdjęciowa 12 dniowej Hani |
Od tej pory Hania nie robiła mi już
więcej numerów, no oprócz tego, że wybrała się na świat w 38
tygodniu. Niby w terminie, ale zawsze mogła posiedzieć te 2
tygodnie do końca. Tym bardziej, że nie mam, żadnych wątpliwości,
że to był na 100% 38 tydzień. Nie chciała najwidoczniej być spod
znaku Panny, a wolała zostać zodiakalnym Lwem. Podobno „Lwy” to
wielcy indywidualiści, próbujący sobie wszystkich podporządkować.
No i to zapewne prawda. Hania ma dopiero 5 miesięcy, ale jak coś
się jej nie podoba to ratuj się kto może. Krzyczy na nas, macha
rękami. Zdecydowanie włoski temperament. Podobno Napoleon Bonaparte
też był urodzony w III dekadzie tego znaku. Hanka chyba będzie,
jak on, doskonałym strategiem, bo strategie rozstawiania rodziców
po kątach opanowała do granic perfekcji.
 |
Nasza kruszynka |
Tak więc „Hanka skakanka”, jak
nazywa ją dziadek, czy też nasza „madmuazelka”, bo tak mówi do
niej tata, jest naszym oczkiem w głowie. Zmieniła nasz świat,
zmieniła sposób komunikacji, spowodowała, że przestaliśmy
sprzeczać się o błahe rzeczy. Jest dla nas całym światem.
Mobilizuje nas do działania. Nauczyliśmy się od niej nowego
rodzaju miłości.
Chcę wam też opowiedzieć trochę o
tej miłości, miłości bezwarunkowej. Miłości matki do dziecka
(bo za tatusia nie będę mówić). Chcę się z Wami podzielić tym
uczuciem, bo jest go tyle, że starczyłoby co najmniej dla
wszystkich czytelników. To uczucie niby podobne, ale zupełnie inne
od tego, którym obdarzamy innych swoich bliskich.
To nawet inne
uczucie niż to, którym dziecko obdarza swoich rodziców. Miłość
matki do swojego dziecka (oczywiście nie bierzmy pod uwagę
patologicznych przypadków) , jest jedyna w swoim rodzaju. Taka
miłość oducza bycia egoistą, bezwarunkowo podporządkowuje świat
naszemu potomkowi. Prawda jest jednak taka, że miłość ta nie
przychodzi tak całkowicie sama. Jest to taka miłość, której
musimy się nauczyć.
 |
W obiektywie Moniki i Emila Pospiesznych |
Czy też tak uważacie? Jest trochę tak, że
na początku wyobrażamy sobie to „nowe” życie trochę
wyidealizowane. Taki obraz jak z reklamy. Matka trzyma niemowlę na
rękach, karmi je. Wszystko jest takie piękne, w pastelowych
kolorach, śnieżnej bieli i mięciutkich kocykach. Tak jest bo
kochamy nasze dziecko od pierwszego bicia serca. Nawet najmniej
uczuciowe osoby zmiękcza taki cudowny hormon jak oksytocyna. Tak, to
prawda, kochamy
i z każdym ruchem i kopnięciem ta miłość jest
większa. Potem pierwszy raz na sali porodowej przytulamy swoje
dziecko. Uczucie wspaniałe, nawet nie do ubrania w żadne słowa.
No i tak kilka dni w szpitalu, aż tu nagle bum, jak obuchem w łeb,
żeby ująć to dosadnie. Chwała tym, których dzieci są spokojne.
Hanka na szczęście do takich należała. Gorzej jednak, gdy dziecko
non stop płacze, jest marudne, a ty nadal starasz się być
doskonałą nie tylko matką, ale żoną, kucharką, sprzątaczką i
nie chcesz zapomnieć o umyciu zębów i przebraniu się z piżamy.
Mówię o tym, bo nawet kilka takich marudnych dni dziecka potrafi
dać w kość. I nadal kochasz, ale czasem zaciskasz zęby, łzy lecą
po policzkach z bezsilności. Niestety tak też bywa. Najgorzej mieć
do tego koleżankę z dzieckiem w podobnym wieku, która na wspólnych
spacerach snuje opowieści, jak to ona sobie doskonale radzi ze swoim
dzieckiem. Na szczęście nie znam tego z autopsji a jedynie z
opowiadań. Prawda jest taka, że nawet najwspanialsze dzieci mają
też gorsze dni i my jesteśmy bezsilne. I nam jest wtedy gorzej
i
my mamy momenty zwątpienia. I nawet czasem myślę sobie, że już
chyba nie kocham bo nie umiem sobie poradzić. Zaraz potem
przypominam sobie, że jutro będzie lepiej i to nie konie miłości
tylko lekka niedyspozycja.
Chyba jest trochę tak, że musiałam
się wygadać, jestem chyba trochę ciekawa jak macie Wy? Jak to
jest, czy to tylko ja tak czuję, czy inni też tak mają? Czy któraś
z Was też czasami ociera łzy z bezsilności?
Mogłabym
tu jeszcze tyle napisać, ale tymczasem kończę, bo dla
wszystkich muszę znaleźć trochę czasu, dzisiaj czas dla męża – ciepły kocyk i dobry film, jak za starych dobrych czasów...
byle Hanka poszła spać, bo na śpiącą nie wygląda.
Dobranoc !!!!!